Włochy nieodmiennie kojarzą mi się ze słońcem, domami w kolorze kości słoniowej, błękitnym morzem i bujną zieloną roślinnością. To mnie zachwyca. Kojarzą mi się także z owocami morza (których nie jadam), pizzą (znam na świecie tylko dwa miejsca, w których pizza jest naprawdę smaczna, w żadnym innym mnie nie pociąga) i makaronami (za którymi też nie przepadam). Za każdym razem jednak, kiedy wracamy do Włoch, czuję w sercu ogromne ciepło nostalgii…
Tym razem plan był taki, by po prostu odpocząć i niewiele robić. Apulia ma właśnie ten plus, że przede wszystkim przyciąga turystów (i nie tylko) na plaże. I my planowaliśmy tak właśnie spędzić ten prawie tydzień we Włoszech. Czy jednak nam się udało…? Okazuje się bowiem, że Apulia ma także do zaoferowania kilka ciekawych miejsc, które warto zobaczyć…
PRZYGOTOWANIA DO PODRÓŻY
O przygotowaniach do naszych podróży pisałam także we wpisie o Malcie, nie będę się zatem powtarzać i szczegółowo opisywać wszystkich kroków po kolei. Większość tych punktów się powtarza (grupa na What’s appie, widget na pulpicie telefonu, by kontrolować zmiany w pogodzie, oglądanie filmików na YT o Apulii, czytanie artykułów o niej, dołączenie do grupy na FB, aby uzyskać potrzebne informacje – akurat w tym przypadku grupy facebookowe się nie sprawdziły, nic nie wniosły do rozwoju naszej wiedzy o podróżach po Apulii – kilka z nich jest wręcz nastawionych tylko na reklamę siebie jako biura podróży i żadne inne tematy nie są wypuszczane, w tym moje niewygodne dla nich pytania, np. Bari i Apulia ).
W Apulii byliśmy od 30 czerwca, co oczywiście od razu narzuca nam wizję mocno słonecznych Włoch, na upały więc staraliśmy się przygotować jak najlepiej.
BAGAŻ
Co zabrać ze sobą, kiedy wiesz, że lecisz na tydzień do miejsca, w którym możesz się ugotować?
🔆 Krem do opalania, najlepiej filtr 50.
🔆 Kapelusz na głowę lub czapkę z daszkiem.
🔆 Jasne, przewiewne ubrania (białe, kremowe, jasnoszare, jasnoniebieskie, czerwone, żółte – pochłaniają najmniej promieni słonecznych).
🔆 Okulary przeciwsłoneczne.
Konieczne jest picie wody – bez tego niestety może Wam grozić omdlenie z odwodnienia.
APULIA
Apulia to region we Włoszech, obejmujący obcas i ostrogę włoskiego buta. Leży nad Adriatykiem. Teren ten już w starożytności odgrywał ważną rolę, głównie przez wzgląd na morskie połączenie z resztą świata. Teren ten był wówczas licznie zasiedlany przez Greków i to właśnie greckie wpływy są tu bardzo widoczne.
Stolicą Apulii jest Bari, nieco oddalone od Brindisi, w którym wylądowaliśmy. To miasto, które żyje praktycznie 24h na dobę – tak relacjonują blogerzy, którzy przylatują właśnie do Bari.
Sama Apulia to przede wszystkim niezwykłe włoskie krajobrazy, piękne plaże i urocze miasteczka. My zwiedziliśmy południową jej część, nawet nie próbując dotrzeć do Bari. 🙂
My zamieszkaliśmy w Mesagne, niedużym miasteczku z kremowymi domami, w którym jednak życie toczyło się bez przerwy. Już pierwszego wieczoru, kiedy po wylądowaniu w Brindisi, odebraniu auta, które wynajmowaliśmy, i dotarciu do Mesagne, przywitała nas głośna impreza w okolicznym lokalu. Muzyka niosła się po okolicy, a my mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na koncercie. Impreza skończyła się o 23, ale wcześniej słuchaliśmy jej z przyjemnością 🙂. Rano obudził nas typowo włoski klimat – trąbienia, głośne rozmowy, szybko przejeżdżające motocykle. Pełnia południowowłoskiego życia 🙂.
RELACJA Z PODRÓŻY
Dzień 1 – niedziela
Nasz samolot wyleciał z Polski ze sporym opóźnieniem ze względów atmosferycznych. Brindisi, gdzie znajduje się lotnisko, leży nad samym morzem Adriatyckim, kiedy więc znaleźliśmy się nad płytą lotniska, było to dla nas niemałe zaskoczeniem. Zwykle widzisz, że się zniżasz, że świat pod Tobą jest coraz bliżej. Lecąc nad morzem, kiedy wokół panuje już zmrok, trudno było to zauważyć. I nagle samolot znajduje się kilka metrów nad ziemią, by za moment na niej osiąść. Pierwszy raz lądowaliśmy w taki sposób 🙂. Było to naprawdę nowe i nietypowe przeżycie 🙂.

Ponieważ mieliśmy ze sobą tylko bagaże podręczne, nie musieliśmy czekać na żadne walizki. Szybko wyszliśmy z lotniska i udaliśmy się do miejsca, gdzie miał czekać na nas wypożyczony samochód. Sympatyczny Włoch z dużą dawką poczucia humoru przekazał nam auto i pożartował (podobno południowi Włosi każdą sprawę, niezależnie od jej wagi, okraszają luźną pogawędką i żartami; buduje to relacje i faktycznie pozostawiło w nas miłe wrażenia).
Dwadzieścia minut później dotarliśmy do wynajętego mieszkania, gdzie czekał już na nas właściciel. Mesagne, gdzie się zakwaterowaliśmy, jest niedużym miasteczkiem, ale już w ciemności widzieliśmy, że bardzo przyjemnym. Planowaliśmy odbyć po nim spacer któregoś dnia.
Tuż obok naszego czteropiętrowego bloku znajduje się mały park, a za nim lokal, w którym odbywała się jakaś impreza. Odnosiło się wrażenie, jakby ktoś śpiewał tam na żywo, mimo że były to różne znane światowe piosenki. Według Google maps nieopodal znajduje się centrum seniora. Możliwe, że impreza odbywała się właśnie tam. Zakończyła się o 23:00, jednak w czasie naszego rozpakowania rzeczy i przygotowywania się do snu umilała nam czas.
Nie wyszliśmy już tego wieczoru, nieco zmęczeni po podróży. Wraz z Oskarem jednak zbadaliśmy nasze spore mieszkanie i zauważyliśmy, że mamy kilka balkonów… Praktycznie każde pomieszczenie miało swój własny balkon. 🙂
Dzień 2 – poniedziałek
Poranek – jak to we Włoszech – dosyć głośny, ale w taki przyjemny sposób. Cztery piętra niżej na ulicy samochody co jakiś czas trąbiły, ludzie wołali innych, motocykle rozpędzały się, by pędem przejechać tę prostą ulicę.
Wyszłam na taras z samego rana i uderzyło mnie od razu gorące powietrze – zupełnie inne niż to, jakie panuje w naszym mieszkaniu z włączoną klimatyzacją. Ciepłe, stojące, otulające całe ciało ciasno niczym chusta. Idealnie pasujące do piaskowym budynków, jaki widzimy z naszych balkonów.





Plaża Punta Penna Grossa
Po domowym śniadaniu (jedzenie zabrane z domu) wybraliśmy się na plażę Punta Penna Grossa. Nie jest to plaża powszechna wśród turystów – właściwie plażowiczami byli przede wszystkim Włosi (poza nimi spotkaliśmy jedno polskie małżeństwo, żadnego innego obcokrajowca). Ceny w budce nie są przez to wygórowane, ale leżaki z parasolem kosztują 25 euro za cały dzień.
Jak widzisz na filmie, w budce można kupić różne włoskie specjały (zwłaszcza oparte na chlebie), ale także koktajle owocowe czy lody.
Oskar z fascynacją czytał włoskie nazwy, próbował je zapamiętać, ale to, co najbardziej zrobiło na nim wrażenie (i na jego tacie, który mu towarzyszył) to pływanie wśród srebrnych ryb z czarnym oczkiem przy ogonie, o nazwie oblada melanura, która występuje między innymi w tych rejonach. Zabawa z rybami, nurkowanie, by je lepiej zobaczyć sprawiły, że dzisiejszy dzień oceniamy na wyżej niż 10/10 😉. Na filmie możecie też zauważyć dwie głowy, które co chwilę nurkują pod wodę – to właśnie próba łapania ryb i zabawy z nimi 😉.
Zajęliśmy dwa leżaki z daszkiem z suchych gałązek, aby uchronić się przed palącym słońcem, a mimo to piasek i tak palił w stopy, gdy szliśmy do budki z przekąskami. Ratował nas lekki wiaterek, napływający od strony morza Adriatyckiego i woda (na własne oczy widzieliśmy omdlewającą młodą kobietę, która stała z nami w kolejce przy budce).
Upał jest tutaj niemiłosierny. Przy okazji mieliśmy lekcję grografii i na podstawie poniższej grafiki określiliśmy strefę klimatyczną miejsca, w którym jesteśmy. To ciemnoróżowy pas, będący otoczką Włoch, czyli klimat podzwrotnikowy wilgotny. Jutro wjeżdżamy w głąb stałego lądu i klimat zmieni się na podzwrotnikowy suchy, będziemy mieli zatem porównanie.


Na plaży spędziliśmy jakieś 3h, może nawet więcej. Na parkingu zabrał nas specjalny tramwaj bez okien, który przywiózł nas także na tę plażę. Wracając do mieszkania, wstąpiliśmy do Lidla, by zrobić zakupy na te kilka dni (zawsze korzystamy z Lidla, jeśli jesteśmy gdzieś w Europie) i czekał nas już tylko spokojny wieczór. Przygotowałam kolację z owoców morza, które kupiliśmy – ulubione specjały chłopaków, a potem przy muzyce Erosa Ramazzottiego zajęliśmy się trochę sobą, trochę będąc razem.
Dzień 3 – wtorek
Wtorek przywitał nas deszczem, który, choć ciepły, utrzymywał się przez cały dzień. Temperatura odrobinę spadła z trzydziestu paru na dwadzieścia pięć czy sześć stopni Celsjusza. Ciepłe krople spadały z nieba w różnych odcieniach szarości, a kiedy przestawały, ziemia parowała tropikalnie. Robiło się naprawdę parno.
Castellaneta Marina i plaża Capinera
Postanowiliśmy wybrać się nad Morze Jońskie, aby zaznać klimatu tamtejszych plaż. Wybrałam plażę bezpłatną nr 10 – Capinera – przy miejscowości Castellaneta Marina. Miejscowość jest typowo nadmorska z niskimi białymi domkami, oleandrami bujnie rosnącymi i wychodzącymi przez ogrodzenia na ulicę.
Po wizycie sklepie z moimi ulubionymi od kilkunastu lat kosmetykami Kilo Milano (wegańskie, naturalne, niskie cenowo – informacja dla kobiecej części czytelników 😉) zaparkowaliśmy koło Terrazza Margherita Beach, przyplażowej restauracji z białymi stołami i krzesłami oraz bezpośrednim zejściem na plażę.
W chwilach, gdy deszcz się rozkręcał i trzeba było zejść z plaży, chowaliśmy pod białymi dachami restauracji, piliśmy przepyszne latte macchiato w cudownych szklaneczkach i jedliśmy pasticciotto – popularny we Włoszech deser, pełen mąki i cukru 😉. Ponieważ jednak wiem, że za kilka dni przez wiele miesięcy, a może i lat (kto wie) nie będziemy mieli okazji zjeść włoskich deserów prosto z ich rąk, to postanowiliśmy podczas tego urlopu skosztować kilku ich specjałów i delektować się tym bez wyrzutów sumienia.
Tego dnia nie jechaliśmy już nigdzie więcej. Półtorej godziny w jedną stronę (z odbiciem do Taranto po moje kosmetyki) i godzina z powrotem to całkiem spora odległość. A ponieważ ten urlop miał być typowo odpoczynkowym, wróciliśmy do mieszkania, gdzie przygotowałam zdrową kolację z owoców morza. Przeprowadziliśmy też dyskusje na temat tego, gdzie chcielibyśmy pojechać jutro. Wstępny plan – wczorajsza plaża, która chłopaków tak bardzo zachwyciła, że stała się prawie numerem 1 spośród wszystkich, na których byliśmy (może na równi z Balos na Krecie, tam jednak mordercze w słońce zejście ze szczytu, a potem wejście na niego z powrotem było wykańczające /kiedy byliśmy na Krecie w listopadzie, w cieniu było trzydzieści sześć stopni…./).
Gdzie dotrzemy jutro, okaże się 😉
Dzień 4 – środa
Po wczorajszym deszczu ani śladu. Rośliny szczęśliwe i wdzięczne za tą niedużą, ale jednak jakąś, dawkę wody, dziś muszą na nowo adaptować się w słońcu. Ciepłe promienie wpadły do naszego mieszkania przez dziurki w roletach, tworząc wesołe ogniki na białej ścianie.
Jest wietrznie. Wczorajsza burza i deszcz ochłodziły pogodę (hura!), a wiatr, jaki po niej pozostał, dodatkowo obniża temperaturę. Zamiast trzydziestu paru mamy zatem dwadzieścia pięć – dwadzieścia sześć i jest dużo przyjemniej. Zwłaszcza, gdy letni wiaterek wpłata się we włosy, mocno ogrzewane słońcem.
Punta Penna Grossa
Wczorajsza decyzja dotycząca dzisiejszej plaży nie zmieniła się i ponownie wyruszyliśmy po śniadaniu na Punta Penna Grossa. Mijaliśmy te same piękne niskie domu z arkadami niczym hiszpańskie hacjendy, stojące pośrodku wielkiego ogrodu, porośniętego oliwkami, opuncjami, bugenvillami i oleandrem. Zacienione dzięki rozłożystym gałęziom oliwek obiecywały przyjemny odpoczynek od słońca. Gdzieniegdzie wyrastały palmy, ale w tym rejonie, na północ od Brindisi, królują gaje oliwne. Rosną na każdym kroku za miastami. Winnice natomiast są tutaj rzadkością.
Dotarliśmy na parking, gdzie zostawiliśmy auto i udaliśmy się do pojazdu bez okien, który zabrał nas na plażę. Morze dziś było bardzo wzburzone. Fale wylewały się na plażę, zalewając wszystko, co znajdowało się pod leżakami. Ponieważ taki stan już zastaliśmy, wszystkie nasze rzeczy trzymaliśmy na leżaku, łącznie z butami, które pod wpływem wody mogły w którym momencie zostać zabrane do morza.
Ta sama plaża drugi raz nie zrobiła już tak wielkiego wow, jak za pierwszym razem. Woda była chłodniejsza, mętna przez wzburzenie (pozostałości po wczorajszej burzy), ryby nie były już tak dobrze widoczne.
Spędziliśmy tam trochę czasu, zjedliśmy sałatki i focaccie, spróbowaliśmy ich naturalnych lodów (pistacjowe go i kokosowego) i postanowiliśmy jednak wybrać się do jakiegoś miasteczka.
Ileż można siedzieć na plaży 😀😀😀





Ostuni
Padło na Ostuni – białe miasto la Città Bianca z wypolerowanego kamienia. Można się poślizgnąć (mnie się udało..). Stare miasto wznosi się na wzgórzu i jest widoczne już z daleka, z trasy. Znalazłam parking przy samym wejściu na stare miasto i ogromny plac.
Nie mieliśmy dużo czasu, więc nie szukałam zabytkowych miejsc. W Ostuni chcieliśmy po prostu pobyć i zobaczyć te białe domu, które oglądaliśmy na zdjęciach czy filmach innych osób.
Przyznam, że w internecie miasto jest upiększone, trochę tak, jakby musiało zasłużyć na swoją nazwę la Città Bianca. 😉 Tymczasem cześć z tym domków rzeczywiście jest biała, reszta jednak szara lub kremowa. Im dalej od centrum na wzgórzu, tym domu są coraz bardziej zwyczajne.
Najsłynniejszym placem na starym mieście jest Piazza della Liberta z ratuszem w dawnym klasztorze, kościołem oraz pomnikiem św. Oranzo. Wokół placu wyrastają kawiarenki z ogródkami, restauracje, znalazły też miejsce małe sklepiki z pamiątkami.
Stamtąd przeszliśmy w kilka bocznych uliczek – jedne wyprowadzały nas ze starego miasta do nowej części, inne prowadziły w górę na szczyt starego miasta. Te prowadzące w górę często były po prostu wąskimi ścieżkami lub schodami, po których można było przemieszczać się tylko pieszo.
Dotarliśmy na szczyt, na którym mieści się katedra Duomo di Santa Maria Assunta,mijając po drodze stragany z pamiątkami, ubraniami, pizzerie, restauracje i kafejki, a także Muzeum Miejskie, do którego jednak nie wchodziliśmy, bo było już zamknięte (otwarte do 17:00). To właśnie tu, schodząc od strony katedry w dół po błyszczących i wypolerowanych kamieniach Via Cattedrale, poślizgnęłam się i upadłam na kolana, zatem bądźcie ostrożni, zwiedzając to miejsce 😉. Siniak utrzymywał się przez półtora tygodnia 😉.
Via Cattedrale to chyba najbardziej oblegana ulica w starej części Ostuni. Masa sklepików, kawiarenek, budek z pizzą itd, przyciąga rzesze ludzi – a przede wszystkim jest jedną z niewielu dróg prowadzących już prosto na szczyt miasta i do katedry. Uwaga – ceny są tu bardzo wysokie, niektórych mogą przytłoczyć.
Jak tak sobie pomyślę, to odnosiłam wrażenie, że jesteśmy gdzieś na obrzeżach Mediolanu, włoskiej stolicy mody. Włosi przywiązują ogromną wagę do ubioru i wyglądu w ogóle i rzeczywiście patrząc na ubrania i dodatki w sklepikach w Ostuni, wszystkie były eleganckie. Jeśli trafiliśmy na sklep sportowy, były to ubrania z wysokiej półki. Tym bardziej nie dziwi nas fakt, że nigdzie nie znaleźliśmy czapek z daszkiem, na które polował Oskar od początku naszego pobytu we Włoszech…
Do słynnych instagramowym drzwi nie szliśmy – chyba żadne z nas nie czuło takiej potrzeby, ale jeśli Wy czujecie, to na google maps oznaczone są jako La casa con la porta blu (od katedry schodzicie w prawo, a nie w lewo, jak zeszliśmy my). 😉
Posmakowalismy miasta, podchodziliśmy wąskimi uliczkami i po schodach w górę, a potem wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na zakupy spożywcze.
Miasto jest ładne, nam jednak wystarczyła ta godzina, by je zobaczyć. Dla nas przebywanie tam pół dnia czy dzień, to za dużo, nie mielibyśmy co tam robić, tymczasem oglądając filmy czy czytając o Ostuni przed wylotem do Włoch, wiele osób przekonywało, że najlepiej zostać tu na kilka dni. Myślę, że duże znaczenie miał fakt, że były to pary bezdzietne, często przybywające tu w towarzystwie innych par. Wówczas to miasto byłoby idealne na romantyczne wieczory we dwoje lub w kilka par.
Czy jednak z dzieckiem jest tu co robić? Nie. 🙂 Zresztą zerknijcie na film i oceńcie sami, czy z dzieckiem jest tu aż tak dużo do zrobienia 😉.
Dzień 5 – czwartek
Dziś postanowiliśmy pojechać na południe od Brindisi i zobaczyć ciekawą plażę Campo do Mare przy miejscowości o tej samej nazwie. Patrząc z góry (na mapach googla) wygląda bardzo ciekawie przez sztucznie stworzone z kamieni zatoczki z ciepłą, lazurową wodą. Sama plaża jest obszerna, a piasek mięciutki. Wzburzone morze często wyrzuca na brzeg wodorosty i gałązki, jednak w niczym to nie przeszkadzało.
Dla spragnionych atrakcji morskich chłopaków to było idealne miejsce 🙂. Zabawy w rekina (jeden ucieka, drugi goni) czy nurkowanie po muszle leżące na dnie, albo przeskakiwanie przez fale lub pozwalanie, by prowadziła ich po zatoce, to były najbardziej ciekawe zabawy.
Szum morza niezastąpiony. Fala odbijająca się o falę, silny podmuch orzeźwiającego wiatru były ukojeniem – parasol nie zawsze dawał radę.
Tylko mew brak…
Ponieważ jutro rano czekało nas wykwaterowanie, postanowiliśmy nie wracać zbyt późno do mieszkania. Tym sposobem znaleźliśmy czas na to, aby przespacerować się po miejscowości, w której mieszkaliśmy, po Mesagne.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do miejsca, na które „choruję” ja – do okolicznego zamku, Castello Normanno Svevo di Mesagne. Wzniesiony został w XI w. jako zamek obronny podczas najazdu Normanów przez Roberto d’Altavilla znanego jako Guiscardo. W kolejnych latach był odbudowywany i powiększany, a dziś mieści się w nim Muzeum Archeologiczne.
Po spacerze wśród wąskich uliczek, typowych dla Włoch (widocznych na filmiku poniżej), przeszliśmy spacerkiem w stronę Parku Miejskiego z piękną fontanną i placem zabaw.
Sklepu z czapkami z napisem „Italia” czy podobnym nie znaleźliśmy nawet tutaj 😉. Nie jest to teren turystyczny. Nie spotkaliśmy żadnych obcokrajowców. Mieszkańcy natomiast zapewne nie noszą takich czapek 😉.
Dzień 6 – piątek
Dziś późnym wieczorem wylatujemy, został nam więc cały dzień do wykorzystania. Rano wykwaterowaliśmy się z mieszkania i wyjechaliśmy z Mesagne, prosto do Brindisi, które chcieliśmy zwiedzić, zanim oddany auto na lotnisku.
Muzeum Archeologiczne w Brindisi
Pierwszym punktem, które chcieliśmy zobaczyć, było Muzeum Archeologiczne. Piękny budynek z niezwykłym dziedzińcem pośrodku (widać na filmie) zachwycał swoją urodą. Eksponaty nie pozostały dłużne.
Znajdują się w nim posągi starożytne, rzeźby mniejsze i większe bogów rzymskich, naczynia, pojemniki medyczne, misy, pozostałości po zatopionym mieście, a także imitacja statku z glinianymi pojemnikami. Na każdym kroku na tablicach znajdują się informacje historyczne.
Wspaniale było obejrzeć to wszystko na żywo 🙂.
Brindisi
Samo miasto nie jest jakimś szczególnym miejscem, a atrakcje turystyczne znajdują się w starej jego części przy morzu. W starożytności to właśnie tutaj przybywały statki z różnych bliższych i dalszych regionów. Stąd te między innymi widoczne w tej części Apulii wpływy bizantyjskie i greckie.
Już z daleka statki widziały dwie kolumny, stojące przy brzegu u szczytu szerokich schodów – stanowiły one punkt orientacyjny w tamtych czasach, a i zapewne dziś przez niektórych jedna z kolumn, która przetrwała, tak jest traktowana. Kiedy dokładnie powstały – nie wiadomo. Historycy sprzeczają się o to cały czas. Jedna z teorii mówi o Cesarze, inna o tym, że oznaczają koniec trasy z Rzymu Via Appia, a jeszcze inna, że pochodzi z czasie bizantyjskich.
Nabrzeże to typowe miejsce spotkań, z kawiarniami, restauracjami, parkiem. Ponieważ jednak nie jest to miejscowość typowo turystyczna, nie ma sklepów czy straganów, a prawdopodobnie jedynymi turystami są osoby czekające na wylot, jak my. Gdzieś ten dzień trzeba było spędzić i zwiedzenie Brindisi było najlepszym pomysłem.
Z okolic kolumny (i resztek drugiej) widać było tutejszy zamek Swabian Castle of Brindisi
Castello Federiciano di Brindisi, jest on jednak zamknięty dla dobranego zwiedzania. Aby go obejrzeć, należy umówić się z przewodnikiem, a i tak ogląda się go tylko z zewnątrz. Znajduje się on na terenie wojskowym i stąd te wszystkie ograniczenia.
Poza tymi miejscami właściwie nic więcej nie zwróciło naszej uwagi. Ten rejon Apulii nie cieszy się szczególnym wzięciem, jest zatem idealny dla osób, które chcą zanurzyć się we włoskim klimacie nie skażonym turystyką. Na atrakcje turystyczne jednak nie ma co wówczas liczyć. Ty wybierasz, co jest dla Ciebie ważniejsze 🙂.
I to tyle, jeśli chodzi o południową Apulię, którą my zobaczyliśmy. O tej części Apulii nie znalazłam zbyt dużo informacji, a i w grupach, jak już pisałam, większość osób skupia się zdecydowanie na okolice Bari i Monopoli, a nie Brindisi.
My odpoczęliśmy, mimo że wróciliśmy mocno przegrzani od nadmiaru słońca, zwłaszcza ostatniego dnia. To, co zaskoczyło nas niilo, to nijakie jedzenie. Chłopaki najedli się owoców morza, przygotowanych przeze mnie. Wybór sałatek także był ograniczony. Bardzo możliwe, że północna część Apulii, w okolicach Bari i Monopoli, była bogatsza w naprawdę smaczne jedzenie. W części Brindisi szału natomiast nie ma, a tego się spodziewaliśmy 🙂.
Mam nadzieję, że ten artykuł pomoże Ci dobrze się przygotować i czerpać przyjemność z podróży po tej części Apulii 🙂.

🌱Edukacja domowa to dla nas doświadczanie, a nie siedzenie nad podręcznikiem. Edukujemy się kreatywnie, bawimy się edukacją.
🌱 Jeśli masz ochotę nam towarzyszyć, możesz spotkać nas tutaj:
🌿 1. BLOG O EDUKACJI DOMOWEJ: http://www.kreatywnemotylki.art.blog
🌿 2. FANPAGE RELACJA ED: https://www.facebook.com/edukacja.zabawa.podroze
🌿 3. INSTA RELACJA Z ED: https://www.instagram.com/edukacja.zabawa.podroze
🌿 4. GRUPA O WYJŚCIACH EDUKACYJNYCH WE WROCŁAWIU: https://www.facebook.com/groups/kreatywnie.wroc
🌿 5. YOU TUBE Z FILMAMI ED: https://www.youtube.com/@edukacja.zabawa.podroze
#edukacjadomowa
#edukacjawczesnoszkolna
#edukacjakreatywnie
#kreatywnemotylki
#edukacjaprzezzabawę
#homeschooling
#homeschoolfamily
#homeschool
#travel
#podróże
Jedna myśl w temacie “APULIA DLA DZIECI | podróże”